Zaręczyłem się na Islandii

Od dawna moim marzeniem była wyprawa na Islandię. Kiedy ponad rok temu spotkaliśmy się z Sylwią i Maćkiem żeby pogadać o fotografowaniu ich ślubu, nie spodziewałem się, że już pół roku później będziemy planować wspólny wylot. Jeszcze bardziej nie spodziewałem się tego, że będą oni świadkami jednego z najważniejszych wydarzeń w moim życiu…

Islandia po sezonie

Plan wyprawy był prosty. Październik, namiot, spanie na dziko i objazd wyspy dookoła. W międzyczasie odwiedziny Ambasady RP w Reykjaviku i udział w wyborach. Z tego też powodu harmonogram mieliśmy dosyć napięty. Na lotnisku w Keflaviku zameldowaliśmy się we wtorek późnym wieczorem i do niedzieli musieliśmy objechać trasą nr 1 całą Islandię. Już po samym przylocie było wesoło. Kto by pomyślał, że na niewielkim lotnisku można zgubić Gosię i Maćka. W końcu nieczęsto się gubi dwie dorosłe, wydawałoby się, osoby.

Razem z Sylwią pojechaliśmy odebrać samochód z wypożyczalni i mieliśmy po nich wrócić. W międzyczasie okazało się, że pracownik wypożyczalni ma jeszcze 2 miejsca w samochodzie i może ich przywieźć do nas. Niestety po długim oczekiwaniu się poddał. Zakupy chleba tostowego na strefie wolnocłowej były dla Gosi i Maćka ważniejsze 😀

Po kilku telefonach w końcu udało się ich odnaleźć i kierowca pojechał po nasze zguby jeszcze raz. Z Sylwią w tym czasie zamieniliśmy Dacię Duster na Hyundai Tucsona, opróżniliśmy magazyn firmy Ice Pol z wszystkiego, co mogło nam się przydać i czekaliśmy na nasze śpiące królewny.

Zaręczyny na Islandii

Na pierwszy nocleg dotarliśmy po prawie trzech godzinach jazdy. Naszym celem było jedno z gorących źródeł na półwyspie Snæfellsnes. Z Gosią mieliśmy wynajęty apartament w bagażniku Hyundaia, natomiast Sylwia z Maćkiem toczyli nierówną walkę z wiatrem podczas rozkładania namiotu. Kilka godzin snu (?), ciągle przerywanego chęcią zobaczenia zorzy, szybkie śniadanie i ruszyliśmy dalej na zachód. Pogoda na Islandii jest tak zmienna, że jadąc kilkadziesiąt kilometrów na zachód mieliśmy słońce, deszcz, wiatr, mgłę i co tylko można sobie wyobrazić.

Jadąc drogą nr 54 zaliczaliśmy po kolei wcześniej zaznaczone na mapie miejsca. Klimatyczny czarny kościółek Búðakirkja, plaża Ytri Tunga, na której podglądaliśmy foki, Rauðfeldsgjá Gorge, Londrangar aż w końcu dotarliśmy na plażę Djúpalónssandur. Pogoda, którą zastaliśmy na miejscu była lepsza niż w Kołobrzegu w lipcu. Czarne skały i piasek były cudownie nagrzane od słońca.

Plaża i pogoda zrobiły na mnie tak duże wrażenie, że uznałem ją za idealne miejsce na realizację planu. A plan był podstępny.

Pod pozorem zmiany obiektywu wyciągnąłem z plecaka małe pudełko, ustawiłem aparat i ku zaskoczeniu Sylwii i Maćka na miękkich nogach pobiegłem do niczego nie spodziewającej się Gosi. Na szczeście wszystko poszło po mojej myśli i zakończył się czas konkubinatu. Od tej chwili jesteśmy oficjalnie narzeczonymi <3

Nocowanie pod namiotem na Islandii

Gdy emocje opadły pojechaliśmy dalej, kończąc dzień szukając miejsca na rozbicie namiotu w okolicach Olafsviku. Jak się okazuje, w październiku nie jest to takie proste, bo kampingi są nieczynne. Jeszcze kilka lat temu możliwe było nocowanie na dziko, jednak przy obecnym szturmie turystów na Islandię, zostało to zakazane. Musieliśmy więc zmienić plany i każdą kolejną noc spędzaliśmy w wynajętych apartamentach. Co ciekawe, ceny po sezonie wcale nie odstają od tych w większych miastach w Polsce.

Bardzo miłe wrażenie sprawiło miasteczko Akureyri na północy. W ogóle północ wydaje się atrakcyjniejsza. Choćby z tego powodu, że nie ma tam tylu turystów, a i miejsca do których dotarliśmy robią niesamowite wrażenie. W ciągu kilku dni objechaliśmy Islandię dookoła nie docierając niestety na Fiordy Zachodnie. Po zameldowaniu się w Reykjaviku i zagłosowaniu w wyborach wieczór spędziliśmy włócząc się po knajpkach. Cudownie było zjeść, po prawie tygodniu jedzenia liofilizatów i lokalnych parówek, zupę z baraniny podawaną w pysznym, idealnie wypieczonym chlebie. Mniej przyjemne było płacenie, ale raz się żyje.

Islandia Południowa

Ostatnie dwa dni do wylotu spędziliśmy krążąc po Golden Circle i wiecie co? Zdecydowanie bardziej podobała mi się północ wyspy. Najgorszą „atrakcją” była wyprawa na wrak samolotu DC – 3. Wyobraźcie sobie prawie godzinny marsz w jedną stronę po czarnej pustyni z wiatrem i deszczem zacinającym prosto w twarz. A to wszystko tylko po to, żeby zobaczyć kupę żelastwa. Zdecydowanie odradzam 🙂

Diamond Beach i Reynisfjara natomiast zrobiły na mnie miłe wrażenie. Trzeba jednak liczyć się z tym, że nawet po sezonie spotka się tam tłumy turystów. Pod tym względem północ jest zdecydowanie spokojniejsza.

Prawdziwą nagrodą za niesamowicie nudną wycieczką do wraku samolotu była kąpiel w Reykjadalur Hot Springs. Jest to płynąca wysoko w górach rzeka, której woda ma temperaturę podobną do tej w wannie.

Plany na przyszłość? Na pewno powrót na Islandię, zwiedzanie północy, Fiordów Zachodnich i Interioru. A może komuś z Was marzy się sesja ślubna lub narzeczeńska na Islandii? Dajcie znać!

Na koniec zapraszam na krótki film 🙂

Komentarze

NAME
EMAIL
WEBSITE
COMMENT

Kolejny wpis

5 pomysłów na sesję narzeczeńską