Sesja narzeczeńska nad morzem o poranku – Monika i Dominik w Gdyni i Gdańsku
Z Mikołowa nad morze na jedną sesję narzeczeńską? Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to trochę przesada.
Ale czasem właśnie takie wyjazdy mają najwięcej sensu.
W piątek rano ruszyłem z Mikołowa w stronę Trójmiasta. Gosia jechała na konferencję, a ja miałem w głowie prosty plan: skoro będziemy nad morzem, to szkoda byłoby nie zrobić tam zdjęć. Morze lubię od dawna. To trochę sentyment z dzieciństwa. Wakacje nad Bałtykiem pamiętam jeszcze z czasów, kiedy największym planem dnia było sprawdzenie, czy woda jest naprawdę tak zimna, jak mówią dorośli. I chyba właśnie dlatego nadal dobrze się tam czuję.
Pomysł na sesję nad morzem był mój. Monika i Dominik podchwycili go bez większego kombinowania, więc w sobotę o 5:30 rano spotkaliśmy się na parkingu przy plaży w Gdyni Orłowie.
Było słonecznie, ale zimno. Około pięciu stopni. Taki majowy Bałtyk, który na zdjęciach wygląda jak romantyczny poranek, a na miejscu przypomina, że kurtka nie jest oznaką słabości.
I właśnie dlatego ta sesja miała sens.
Pusta plaża. Mimo poranka, ostre światło. Klif. Wiatr. Mało ludzi. Zero przypadkowego tłumu w tle. Poranne sesje mają zupełnie inny rytm niż te robione przy zachodzie słońca. Słońce szybko wędruje w górę, więc światło z minuty na minutę staje się coraz bardziej ostre. To trochę wyścig z czasem, ale właśnie dzięki temu takie sesje mają swój charakter i są mniej oczywiste.
Najpierw fotografowaliśmy na plaży w Orłowie. Potem weszliśmy na klif, a później przenieśliśmy się do Gdańska, żeby dokończyć sesję na Starym Mieście. Jedna sesja, dwa zupełnie różne miejsca i kilka godzin zdjęć, które mają w sobie trochę drogi, trochę ciszy i trochę tego zwykłego napięcia, które pojawia się, kiedy ludzie na początku nie wiedzą jeszcze, co zrobić z rękami.
Spokojnie. To normalne.
Sesja narzeczeńska nad morzem — dlaczego akurat poranek?
W Orłowie najlepsze warunki są rano. Serio. To nie jest fotograficzne wymądrzanie się dla samego wymądrzania, chociaż wiem, że fotografowie potrafią z tego zrobić sport olimpijski.
Rano plaża jest spokojniejsza. Światło jest niższe i miększe. Klif nie jest jeszcze oblepiony spacerowiczami. W tle nie ma pół miasta, dzieci z goframi, przypadkowych przechodniów w jaskrawych ubraniach i ludzi, którzy koniecznie muszą przejść dokładnie za parą w najważniejszym momencie.
Poranek daje więcej przestrzeni.
A przestrzeń nad morzem robi robotę. Zwłaszcza wtedy, kiedy nie chcemy zdjęć przestylizowanych, zagranych i napiętych jak grafika reklamowa w salonie sukien ślubnych.
Monika i Dominik na początku byli trochę nieśmiali. I dobrze. To dużo bardziej naturalne niż pojawienie się na plaży o 5:30 rano i od pierwszej minuty zachowywanie się tak, jakby ktoś właśnie kręcił reklamę luksusowych perfum.
Moja praca polega między innymi na tym, żeby tę pierwszą niepewność spokojnie rozbroić. Nie przez wielkie pozy i sztuczne ustawianie, tylko przez proste wskazówki, ruch, rozmowę i małe zadania, które pomagają wejść w sesję bez poczucia, że ktoś nagle każe Wam grać w filmie romantycznym klasy B.
Nie musicie umieć pozować.
Naprawdę.
Wystarczy, że dacie się poprowadzić.
Gdynia Orłowo: plaża, klif i zimny majowy poranek
Zaczęliśmy na plaży pod klifem w Gdyni Orłowie.
To miejsce ma w sobie coś bardzo prostego: piasek, woda, jasne niebo, ściana klifu i dużo przestrzeni. Bez kombinowania. Bez scenografii. Bez dokładania elementów, które mają krzyczeć: „patrzcie, jaka wyjątkowa sesja”.
W takich miejscach najważniejsze są ludzie.
Dlatego zaczęliśmy spokojnie. Trochę spaceru, trochę bliskich kadrów, trochę szerokich zdjęć, w których Monika i Dominik byli małą częścią większej przestrzeni. Lubię takie kadry, bo nie wszystko musi być ciasnym portretem. Czasem dopiero szeroki plan pokazuje klimat miejsca.
Na plaży dobrze działał ruch. Spacer, zatrzymanie się na chwilę, przytulenie, spojrzenie w bok, wiatr we włosach, dłonie, detale. Żadnego wielkiego teatru. Raczej spokojna narracja, która z czasem sama zaczęła się układać.
Potem weszliśmy na klif.
I to był drugi etap tej samej historii. Trochę wyżej, trochę szerzej i z klimatem, który momentami bardziej przypominał wybrzeże Morza Śródziemnego niż majowy Bałtyk. Z jednej strony morze, z drugiej zieleń i przestrzeń. Takie miejsca świetnie pokazują, dlaczego warto czasem ruszyć się dalej niż do najbliższego parku.
Nie dlatego, że park jest zły.
Tylko dlatego, że czasem inne miejsce lepiej pasuje do tego, co chcecie zapamiętać.
Sesja narzeczeńska bez sztywnego pozowania
Jedna z najczęstszych obaw przed sesją brzmi mniej więcej tak:
„My nie umiemy pozować”.
I ja to rozumiem. Większość osób nie staje przed aparatem z myślą: „wspaniale, teraz przez kilka godzin będę wyglądać naturalnie, kiedy ktoś patrzy na mnie przez obiektyw”.
Na początku Monika i Dominik też byli trochę ostrożni. Nie było w tym nic dziwnego. Było wcześnie, było zimno, a sesja fotograficzna nie jest codzienną sytuacją.
Dlatego nie zaczynam takich zdjęć od skomplikowanych ustawień. Nie oczekuję, że para od pierwszej minuty będzie wiedziała, co zrobić z rękami, gdzie patrzeć i jak się zachować.
Zamiast tego daję prosty kierunek.
Przejdźcie kawałek. Zatrzymajcie się. Podejdźcie bliżej. Zróbcie coś dla siebie, nie dla aparatu. Nie patrzcie cały czas na mnie. Pogadajcie. Popraw jej włosy. Przytul go tak, jak robicie to normalnie, a nie tak, jak robią ludzie na plakatach w gabinecie dentystycznym.
Po chwili sesja przestaje być „sesją”. Zaczyna być wspólnym spacerem, w którym ja tylko pilnuję światła, kadru i tego, żeby wszystko miało sens.
To jest też jeden z powodów, dla których lubię sesje narzeczeńskie przed ślubem. One oswajają aparat. Para widzi, jak pracuję, a ja widzę, jak oni reagują na zdjęcia, na ruch, na bliskość i na konkretne wskazówki.
Potem w dniu ślubu jest po prostu łatwiej.
Z plaży do miasta, czyli druga część sesji w Gdańsku
Po plaży i klifie przenieśliśmy się do Gdańska.
To zmieniło rytm zdjęć. Orłowo było spokojne, jasne i przestrzenne. Gdańsk dał zupełnie inne tło: architekturę, ulice, miejski poranek, inny rodzaj światła i więcej geometrii w kadrach.
Lubię, kiedy jedna sesja ma kilka warstw. Nie tylko jedno miejsce i jeden pomysł powtarzany przez dwie godziny. Tutaj najpierw mieliśmy morze, klif i szerokie kadry, a później miasto, bliskie portrety i trochę bardziej filmowy spacer po Gdańsku.
Dzięki temu całość nie jest monotonna.
To ważne szczególnie wtedy, kiedy sesja ma później działać jako pamiątka, ale też jako część Waszej historii przed ślubem. Dobrze, kiedy zdjęcia nie wyglądają jak dwadzieścia wersji tego samego kadru. Dobrze, kiedy mają rytm.
Szeroki plan. Detal. Bliskość. Portret. Ruch. Cisza. Zmiana miejsca. Inne światło.
Z takich elementów robi się opowieść.
Nie trzeba jej dopisywać na siłę. Wystarczy jej nie zepsuć.
Co warto wiedzieć przed sesją narzeczeńską nad morzem?
Sesja nad morzem brzmi lekko i romantycznie. I może taka być. Ale dobrze jest podejść do niej trochę praktycznie, bo Bałtyk ma gdzieś nasze pinterestowe wyobrażenia.
Po pierwsze: rano może być zimno. Nawet w maju. Nawet przy słońcu. Nawet jeśli w aplikacji pogodowej wszystko wyglądało optymistycznie. Warto mieć cieplejszą warstwę, coś do zarzucenia między zdjęciami i wygodne buty.
Po drugie: wiatr nie jest problemem. Często jest atutem. Włosy, ubrania, ruch — to wszystko potrafi świetnie pracować na zdjęciach. Gorzej, kiedy próbujemy z tym walczyć i za wszelką cenę wyglądać idealnie. Nad morzem lepiej odpuścić perfekcyjną kontrolę. Serio. Bałtyk i tak wygra.
Po trzecie: nie trzeba robić z sesji produkcji modowej. Dwa dobrze dobrane zestawy ubrań zwykle wystarczą. Coś prostego, wygodnego i pasującego do Was. Jeśli planujecie sesję narzeczeńską i zastanawiacie się, co ubrać, przygotowałem osobny poradnik o stylizacjach na sesję narzeczeńską.
Po czwarte: warto zaufać porankowi. Wiem, 5:30 brzmi jak kara, a nie atrakcja. Ale w niektórych miejscach właśnie wtedy jest najwięcej sensu. Plaża jest spokojna, światło miękkie, a przestrzeń naprawdę Wasza.
Podobnie było przy innych sesjach robionych wcześnie rano — nad wodą czy w górach. Wschód słońca wymaga trochę samozaparcia, ale daje klimat, którego zwykle nie da się odtworzyć w środku dnia.
Sesje wyjazdowe mają sens, kiedy miejsce nie jest przypadkowe
Nie każda sesja musi być wyjazdowa. Nie każda para potrzebuje morza, gór, miasta o świcie i fotografa, który w ciągu dwóch dni robi trasę Mikołów–Trójmiasto–Mikołów.
Ale czasem miejsce robi różnicę.
Dla mnie morze jest jednym z takich miejsc. Wraca w moich zdjęciach nieprzypadkowo. Fotografowałem już nad Bałtykiem ślub w Kołobrzegu i nadal uważam, że nadmorskie światło, wiatr i przestrzeń mają w sobie coś, czego nie da się łatwo podrobić.
W przypadku Moniki i Dominika wyjazd nad morze był połączeniem okazji, pomysłu i chęci zrobienia czegoś trochę inaczej. Bez wielkiej filozofii. Bez dorabiania legendy.
Po prostu: skoro można było zrobić dobrą sesję w dobrym miejscu, to szkoda było tego nie wykorzystać.
I to jest chyba najlepszy argument za sesjami wyjazdowymi.
Nie chodzi o to, żeby jechać daleko tylko po to, żeby jechać daleko. Chodzi o to, żeby miejsce miało znaczenie. Albo żeby dawało zdjęciom klimat, którego nie da się osiągnąć tam, gdzie wszyscy robią wszystko.
Mały smaczek dla fotografów: Canon RF 45mm f/1.2
Ta sesja była dla mnie ważna jeszcze z jednego, bardziej sprzętowego powodu.
To była moja pierwsza sesja nowym obiektywem Canon RF 45mm f/1.2.
I dobra — nie będę udawał chłodnego dystansu. Jestem zachwycony.
Ten obiektyw daje świetny obrazek. Ma plastykę, która bardzo dobrze pasuje do bliskich portretów, detali i spokojnej narracji. Nie chodzi tylko o rozmyte tło, bo samo rozmyte tło nie robi zdjęcia. Chodzi bardziej o sposób, w jaki rysuje światło, twarze i przejścia między planami.
W tej sesji pasowało to idealnie. Poranne światło, chłodne powietrze, plaża, bliskość i lekko filmowy klimat zdjęć — wszystko zagrało ze sobą bardzo naturalnie.
Nie robię z tego recenzji sprzętu, bo ten wpis jest przede wszystkim o Monice i Dominiku. Ale jeśli ktoś z fotografów zastanawia się, czy takie szkło daje charakter — daje.
I to bardzo.
Galeria: sesja narzeczeńska Moniki i Dominika nad morzem
Poniżej zdjęcia z tej porannej sesji nad morzem.
Zaczynamy od plaży w Gdyni Orłowie, potem przechodzimy na klif, a na końcu przenosimy się do Gdańska. Są szerokie kadry, bliskie portrety, detale, trochę czułości i trochę tego spokojnego filmowego klimatu, który lubię w sesjach narzeczeńskich najbardziej.



















































Czy warto zrobić sesję narzeczeńską przed ślubem?
Moim zdaniem warto.
Nie dlatego, że „tak trzeba”. Nie trzeba. Bez sesji narzeczeńskiej też da się wziąć ślub, zrobić dobre zdjęcia i nie zawalić życia.
Ale sesja przed ślubem daje coś, czego nie widać od razu w cenniku.
Daje spokój.
Poznajemy się przed dniem ślubu. Wiecie, jak pracuję. Ja widzę, jak reagujecie przed aparatem. Możemy sprawdzić, co działa, co jest dla Was naturalne, a co od razu wygląda jak teatrzyk. W dniu ślubu nie zaczynamy od zera.
To szczególnie ważne, jeśli czujecie, że nie jesteście „typem ludzi do zdjęć”. W praktyce bardzo często okazuje się, że problemem nie jest brak umiejętności pozowania, tylko brak dobrego prowadzenia.
A to już jest moja robota.
Planujecie sesję narzeczeńską?
Jeśli myślicie o sesji narzeczeńskiej — nad morzem, w górach, w mieście albo w miejscu, które ma dla Was znaczenie — możemy zaplanować coś spokojnego, sensownego i bez udawania.
Nie musicie przychodzić z gotowym scenariuszem. Możecie mieć tylko pomysł, miejsce albo poczucie, że chcecie zrobić coś inaczej niż wszyscy.
Ja pomogę to poukładać.
Zobacz ofertę sesji narzeczeńskiej albo napisz do mnie i opowiedz, co chodzi Wam po głowie.



